Moje podróże literackie (4)
| Leszek Żuliński, ndz., 01/01/2012 - 02:20
Leszek Żuliński
Mój Wiedeń

Wiedeń zajął w moim życiu spore i osobne miejsce. Jeździłem tam wielokrotnie – autem, pociągiem, samolotem... I te wyjazdy zawsze łączyły się z Adamem Zielińskim...
Ale zacznijmy od początku... To był rok 1995. Prowadziłem w „Wiadomościach Kulturalnych” Krzysztofa Teodora Toeplitza dział literacki. Któregoś dnia nieżyjący już prozaik Adam Hollanek przyprowadził do redakcji na ul. Brzozowej zacnego dżentelmena, swego przyjaciela z lat krakowskich, właśnie Adama Zielińskiego... Tak to się zaczęło...
Kim był Adam Zieliński? Powstały o nim całe monografie, nie sposób to wszystko tu opowiedzieć, przytoczę więc tylko swój artykulik z warszawskiego „Przeglądu”, który opublikowałem zaraz po śmierci Zielińskiego. Oto on: „26 czerwca 2010 roku w Wiedniu zmarł Adam Zieliński – biznesmen, podróżnik, pisarz (...). Urodził się w 1929 roku w Drohobyczu, wychował w Stryju, cudem ocalał z rzeźni Holocaustu; po wojnie znalazł się w Krakowie i podjął pracę w radiu, kończąc studia dziennikarskie także w Warszawie (potem jeszcze uzyskał doktorat w dziedzinie politologii na uniwersytecie filadelfijskim). W 1957 roku wraz z rodziną wyemigrował do Austrii, gdzie po kilku latach rozwinął działalność biznesową. Sprowadzał, głównie z Azji, towary na rynek europejski, w późniejszym okresie jego firma zadomowiła się także na Bałkanach. Na początku lat 90. chwycił za pióro – pisanie od dawna było jego marzeniem... I posypały się książki... Najważniejsze z nich to „Garbaty świat”, „Cichy Dunaj”, „Niedaleko Wiednia”, „Powrót”, „Kanalia”, „Nad Wisłą”, „Wiedeńczycy”... Szybko pojawiały się także na rynku polskim, były tłumaczone na niemiecki (niektóre z nich w tym języku powstawały), angielski, ukraiński oraz na kilka języków azjatyckich... Ukazywały się także wywiady książkowe z Adamem oraz monografie krytycznoliterackie mu poświęcone. Cały dorobek Zielińskiego to kilkanaście książek oraz niezliczona masa publikacji prasowych i wystąpień medialnych. W archiwach telewizji publicznej znajduje się kilka reportaży i filmów, których jest bohaterem.
Zieliński był „rasowym prozaikiem” swojej epoki. Trzy główne tematy opanowały tę prozę: Holocaust, totalitaryzm i „wątek kresowy”. Tak, Kresom poświęcił wiele swej pamięci i czułości. Pisał o nich jak o Atlantydzie, z traumą, lecz także z najpiękniejszymi emocjami i „powidokami”. Totalitaryzm analizował i „ścigał” w jego wersji stalinowskiej, faszystowskiej, bałkańskiej i azjatyckiej – miał, dzięki swoim podróżom, niezrównaną, autopsyjną wiedzę na temat historii XX wieku i umiał z niej wysnuwać syntetyczne wnioski. Czasami w swoich opowiadaniach (był także świetnym nowelistą) tworzył majstersztyki prozy (np. opowiadanie „Hołobutów” lub „Jan, dawniej Jossele”) zaangażowanej w tzw. moralny osąd świata i historii. Z jego morałów i „nauk” najbardziej chyba emanuje wołanie o tolerancję.

Był „królem życia” – towarzyski, wesoły, dowcipny, przyjazny ludziom... Klasyczny typ hedonisty – jednak w odmianie intelektualnej – i liberała. Smakosz (i kolekcjoner) sztuki, meloman, astronom-amator, biesiadnik, zagorzały dyskutant i... społecznik. Obywatel świata, kochający najbardziej Kraków i Wiedeń. Przyjaciel lub znajomy wielu wysoko postawionych osób. Energetyczny kolega wielu z nas, których inspirował swoimi pomysłami i zapałem. Wielu ludziom pomógł w ich trudnych sprawach; był hojnym donatorem na rzecz wielu instytucji, np. Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tak, Adam Zieliński to była POSTAĆ!
Jego życie, zakorzenione w wojennej traumie, potoczyło się pogodnie i twórczo. Był człowiekiem sukcesu, który jednak nigdy nie zapomniał zbrodni, biedzie, parszywości losu i świata. To czyniło go nietuzinkowym; kimś, komu udało się „wygrać”, także w sensie duchowym...”
*
...a więc Hollanek przyprowadził do mnie Zielińskiego w momencie, gdy ten przeobrażał się z aktywnego biznesmena w emeryta i pisarza. W kilka miesięcy potem pojechałem pierwszy raz w życiu do Wiednia robić z nim spory wywiad prasowy. Ta znajomość szybko zamieniła się w przyjaźń, a moje wizyty prywatne w Wiedniu stawały się coraz częstsze.
Adama hołubiło środowisko krakowskie. Ja coraz częściej prowadziłem tu i w wielu miejscach Polski jego spotkania autorskie, zamieszczałem w prasie recenzje z jego kolejnych książek, napisałem o nim kilka szkiców krytycznych, wydałem dwa wywiady-rzeki, nad którymi obaj długo pracowaliśmy... Stałem się jego „nadwornym krytykiem”, do czego nie wstydzę się przyznać, bowiem stała za tym nasza prawdziwa przyjaźń i moja szczera adoracja do tego, jaki był, co robił i co pisał.
Miał w Polsce wielu znajomych i przyjaciół, m.in. Krzysztofa T. Toeplitza, prof. Aleksandra Krawczuka, Juliana Kawalca, Sławomira Mrożka (Mrożek był świadkiem na ślubie Zielińskich – jeszcze w „latach krakowskich”), prof. Franciszka Ziejkę – rektora UJ, malarza Janusza Trzebiatowskiego i wielu, wielu innych. Dzięki Adamowi miałem okazję poznać Szymona Wiesenthala i przeprowadzić w Wiedniu wywiad z Ewą Lipską, która wtedy była szefową Instytutu Polskiego nad Dunajem.

Wiedeń – to dla mnie Adam Zieliński. Prowadzał mnie tam „za rękę” – do opery, do teatrów, do Hofburga, na Prater, do pałacu Schönbrunn, do kawiarni Sachera, Havelki, Demela... Sam też – rzecz jasna – zdzierałem buty, biegając po muzeach i galeriach (zwłaszcza ulubiłem sobie Belveder i Albertinę), w których szczególnie rozkochałem się w Klimcie, Schielem, Kokoschce, Musze, ale miałem też okazję podziwiać wielkie wystawy obrazów Dürera czy van Gogha.
Bywałem w wiedeńskiej filharmonii... Kiedy tam wejdziecie, zwróćcie uwagę na białą, marmurową tablicę wiszącą po prawej stronie hallu. Na niej nazwiska dobroczyńców tej filharmonii, m.in. Bernsteina, Karajana i ...Adama Zielińskiego, który w latach 70. sprowadził po raz pierwszy filharmoników wiedeńskich do Chin.
Z biegiem czasu czułem się w Wiedniu coraz bardziej samodzielny. Zapuszczałem się w głąb miasta, poza ring, pijałem sobie winko na Girinzingu, spacerowałem po Wienerwaldzie, wjeżdżałem na wzgórze Kahlenberg, by z góry oglądać panoramę miasta i tę połać w dole, na jaką patrzył król Sobieski podczas sławnej bitwy z Turkami.

W roku 2009 towarzyszyłem Adamowi podczas jego wyjazdu na uniwersytet w Drohobyczu, gdzie dostawał doktorat honoris causa. Tam zwiedziłem wszelkie ślady po Brunonie Schulzu (poznałem nawet dawnego ucznia Schulza, muzyka, pana Alfreda Schreyera), stałem w tym miejscu, gdzie autora „Sklepów cynamonowych” zastrzelił hitlerowiec Hauptmann. Byliśmy wtedy także w Truskawcu, dokąd przed wojną na wakacje jeździła moja mama, we Lwowie, gdzie na Łyczakowskim leży mój dziadek i w Stryju, w którym się Adam wychował. Ten Stryj był przejmujący – pojechaliśmy do pobliskiego Hołobutowa, gdzie zginął mecenas Karol Zieliński, ojciec Adama; bardzo przejąłem się także faktem, że tuż obok przedwojennej, zachowanej kamienicy Zielińskich był dom Starków, gdzie urodził się i wychował Pesach Stark, znany potem jako Julian Stryjkowski. Starszy od Adama, lecz zapewne mijali się tam na wspólnej ulicy lub widywali w żydowskich sklepikach.
Może ten Wiedeń Adama, a potem już całkiem i mój, był powodem mego zakochania w secesji? W miastach „galicyjskich” czuję się najlepiej i miewam tam rozmaite déjà vu, które mi trudno zdefiniować.
Byłem także dopuszczony do pewnych „tajemnic” Adama – znałem kolekcję jego obrazów i trzymaną w skarbcu kolekcję starej sztuki chińskiej, którą gromadził latami, odbywając ponad 140 podroży na Daleki Wschód, także w latach „rewolucji kulturalnej”, kiedy to Chińczycy łatwo pozbywali się własnych skarbów.
*
Wiedeń był wielokrotnie dla mnie inspiracją poetycką. Pojawił się w wielu moich wierszach, jak np. w tym, zatytułowanym „Te straszne noce”:
Faustowi śniły się kobiety z obrazów Egona Schiele’go; chodziły po Mariahilferstrasse, snuły się po galeriach Museums Quatier, wychodziły z bram Spittelberggasse i wabiły zielonymi pończochami, rudymi włosami żołdaków z pobliskich koszar; w restauracji Boheme przez długie szklane fifki wciągały do płuc pożądanie mężczyzn, krztusiły się ze śmiechu ich łapczywym oddechem, wbijały wzrok w surduty kryjące portfele, a potem wszystkie zwracały wzrok ku niemu i szeptały mein kleiner Faust, komm zu mir, schnell, schnell, siadały na nim okrakiem i galopowały szybciej niż rumaki na Praterze. Już po pierwszym uderzeniu szpicrutą budził się zlany potem, spomiędzy jego ud strzelał w niebo bolesny gotyk, w ciemnych kruchtach pamięci skraplał się pot i zaduch miłości; jego jęk budził Małgorzatę, brała go wtedy w ramiona i mówiła: Fauście uwiera cię ciało, boli cię ciało, dotyk to jęzor piekielnego ognia, znowu się poparzyłeś, czuję swąd twoich myśli, słyszę rechotanie jadowitych ropuch w twoim podbrzuszu, przytul się do mnie, uśnij, ja przecież nie istnieję, jestem bezcielesna, leżę koło ciebie, abyś pragnąc ciała, doznawał ducha, po to zostałam wymyślona, po to tu jestem, żebyś pojął kunszt czystego pragnienia; śnij. *W jednym z wywiadów z Adamem Zielińskim ostatnie pytanie, jakie mu zadałem, brzmiało: Jak podsumowałbyś swoje życie? Odpowiedział: Szalom! Szalom tym wszystkim, którzy nic złego nie życzą innym.
(ilość głosów 2)





Ciekawa podróż. Wiedeń przez
Ciekawa podróż. Wiedeń przez pryzmat jednego człowieka. Nie miasto, nie ulice, nie ludzie lecz on jeden. Może tak naprawdę, każda podróż związana jest z jedną twarzą?