ZNACHOR, czyli lekarz obywatelski....

                                                                    * * * * *

      Nie poddałem się jednak. Aby móc nadal walczyć o szlachetne zdrowie zastawiłem w lombardzie swój sprzęt fotograficzny. Miałem około trzech tysięcy złotych (mniej niż łapówka, aby być przyjętym na oddział do kliniki) i za namową  znajomych zacząłem regularnie odwiedzać tybetańskie gabinety odnowy biologicznej „Telmudżin” przy ulicy Grójeckiej na Ochocie, a także przy ulicy Mickiewicza na Żoliborzu. Lekarze tybetańscy najpierw badali puls na przegubach rąk w trzech miejscach, następnie zapisywali sproszkowane zioła przypominające w smaku zmieloną cegłę. Trzeba je było połykać popijając wodą. Miałem też przygrzewane specjalnym cygarem czakramy od czubka głowy, poprzez punkt między brwiami, na splocie słonecznym kończąc. Nie mam tu miejsca na szersze wywody. Dość, że po kilku miesiącach kuracji nabawiłem się nieżytu żołądka i Tybetańczyków wraz z ich preparatami odstawiłem....

      Zacząłem natomiast odwiedzać hipnotyzera na ulicy Smulikowskiego. On także występował w „Polsacie”, publikował sponsorowane przez siebie z sobą wywiady w prasie. Jakże mogłem wątpić w ucznia samego prof. Benedettiego z Włoch?! Ale hipnotyzer w żaden sposób nie mógł mnie zahipnotyzować ani wzrokiem, ani dźwiękami przypominającymi bekanie piwosza. Za to wizyta kosztowała 200 złotych. A takich wizyt miało być bardzo, bardzo wiele, przez co najmniej pięć miesięcy… Musiałem poprzestać na trzech i skonstatować, że za biedny jestem na leczenie się u specjalistów tak wysokiej klasy.

      Tu muszę dodać, że „prawdziwi”, niejako konwencjonalni, ale renomowani lekarze specjaliści przyjmujący pacjentów na tak zwanej prywatnej praktyce – biorą znacznie większe honoraria!!! Kierują również na prywatne badania, wykonywane z reguły na państwowym, szpitalnym sprzęcie!

      Z kronikarskiego obowiązku odnotuję tylko i zasygnalizuję jedynie, gdzie i do kogo zaniosła mnie jeszcze nadzieja i wiara w uzdrowienie.

      Trafiłem do homeopatów-irydiologów: dr. Jędrzejczyka przy ulicy Senatorskiej, dr. Wszelakiego na obrzeżach Warszawy, dr. Bardadyna na ulicy Krasińskiego. Wizyta od 250 złotych plus leki homeopatyczne.

      Odwiedziłem także terapeutów rezydujących w spółdzielni „KOMED” w Alejach Ujazdowskich – także leczących medycyną niekonwencjonalną. Identycznie – w prywatnej spółdzielni „ULMED”, gdzie przyjmują renomowani bioenergoterapeuci polscy. Wizyt również było bez liku a samopoczucie coraz gorsze.

      Była też profesor(?) Szulcowa – hipnotyzerka nagrywająca na taśmę magnetofonową polecenia i rozkazy. Mój przekaz rozpoczynał się obiecująco: „ Duchy opiekuńcze są nad tobą! Napięcia – precz! Jesteś obarczony i czujesz się świetnie! Nerwica – precz!” etc. Przy okazji każdej wizyty mocno starsza pani puszczała tę moją taśmę, wygrzebując ją z wielkiego stosu innych… Ja w tym czasie leżałem na sofie z zamkniętymi oczyma „w pozycji alfa” – to znaczy gałki oczne miały być jak najwyżej uniesione, aby przekaz lepiej dotarł do odpowiednich receptorów mózgu. Magnetofon pamiętający czasy Gierka niemiłosiernie zgrzytał, a mnie chciało się śmiać. Śmiech zamarł mi na ustach, gdy podliczyłem sumę za 24 wizyty, bo na tylu poprzestałem.

      Wielokrotnie odwiedziłem słynną doc. Stawowską rezydującą w AWF w Katowicach. Przy muzyce i w blasku świec stosowała bioenergoterapię, próbowała też wprowadzić mnie w stan hipnozy. Jako jedyna nie brała pieniędzy!!! Ale ponieważ czułem się źle, a odległości były spore – poprzestałem na ośmiu seansach.

      Także byłem pacjentem pana Rublewskiego – terapeuty-hipnotyzera zamieszkałego w Szczytnej Kłodzkiej. Zapamiętałem pięknie położone miasteczko.

      Była też pani Markiewicz – jej metoda leczenia polegająca na przykładaniu rąk „REIKA” – mimo kwalifikacji i dyplomu mistrzowskiego – nie przyniosła żadnej ulgi ani poprawy w moim samopoczuciu.

      Akupresura pani Sikorskiej z ulicy Piaseczyńskiej – nie wytrzymała próby moich stanów i objawów.

      Dr. Kuszela próbował zaszczepić mi filozofię buddyzmu. Niestety, zabrakło mi pieniędzy na wielomiesięczne uczenie się tej filozofii i stosowanie metod relaksacyjnych.

     Spośród wielu, pamiętam dr.(?) Pasztę, który stosował udoskonaloną przez siebie akupresurę receptorów stóp – waląc mnie drewnianym młotkiem po palcach stóp. Koszmar cierpienia! Wreszcie tak źle się poczułem, że nie mogłem już do niego dojeżdżać na Usynów. Wizyty po 150 złotych. Na koniec za 360 złotych „dostałem” odpromiennik, bo ponoć śpię na żyle wodnej.

      Nie opowiadam już o cudotwórcach z Kielc i Łodzi, u których byłem zaledwie po dziesięć razy. Ani o profesorze(?) Sarczuku z Krymskiej Wojskowej Akademii Medycznej, który konstruował dla mnie specjalne, naenergetyzowane pastylki ze stearyny. Wizyty, a było ich sześć po 250 złotych, przyniosły mi jedną korzyść: przypomniałem sobie język rosyjski.

      Przepraszam, ale nie mogę nie wspomnieć o pani Mass z ulicy Fortowej, która leczyła mnie dźwiękami. Gdy rozebrany leżałem na brzuchu – pani Irena kładła mi w różnych miejscach tułowia i nóg trzy czy cztery ogromne misy ze stopów wielu metali, a następnie bębniła w nie specjalnym młoteczkiem. Rezonans dźwięków był tak ogromny, że bałem się, iż powypadają mi plomby. Osiem razy wychodziłem z gabinetu jeszcze bardziej rozdygotany, zalękniony i znerwicowany. W sąsiednim pomieszczeniu syn mojej terapeutki sprzedawał talizmany i kamienie półszlachetne…

 

      Na koniec o uzdrowicielu z Mławy, emerytowanym księdzu Majewskim. Z trudem dowozili mnie tam znajomi. Ksiądz przykładał mi różaniec i żarliwie się modlił. Wreszcie mnie wyspowiadał, namaścił olejami i powiedział: Dziecko, od razu trzeba było do mnie przyjechać. Tylko pan Jezus czynił cuda, a ja cóż – jestem tylko pośrednikiem…

 

 

 

 

5
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (6 votes)
Dodaj do

Zaniemówiłem..

A raczej "Zaniepisałem":-))) Ge ge ge ge nialne!!! A skoro już się zacząłem jąkać to podrzuć adres jakiegoś dobrego czarodzieja:-)))
I ile gwiazdek mam zapalić jak tu skali brak?:-)

Nerwica w granicach

Nerwica w granicach normy.))

http://www.youtube.com/watch?v=BkUE9Wpa6wU

znachorzy

Trzeba było do mnie z koniaczkiem. Czasem też używam młoteczka do pukania w stopy - przyjemność gwarantowana - wtedy gdy nie trafię!
5*